Kochają się jak dwa gołąbki

From Encyklopedia Zwierząt - Euroanimal

"Kochają się jak dwa gołąbki", mówi przysłowie. Jednym z pierwszych, który opublikował je w swoich "Dziełach" wydanych w roku 1843 był najprawdopodobniej Józef Korzeniowski. Nie­raz zastanawiałem się nad tym, co ono tak naprawdę oznacza. Z pewnością jest to przenośnia, porównanie, które zwykle odnosimy do siebie, do ludzi, gdy chcemy o jakieś parze powiedzieć, że jest sobie wierna, że partnerzy są mili i czuli dla siebie, że są pełni poświęcenia i odnoszą się do siebie z szacunkiem.

Skąd się ono jednak wzięło? mówi przysłowie. Czy tak jest naprawdę? Czy rzeczywiście gołąbki żyjące w parach mogą być dla nas wzo­rem do naśladowania? Wiele chcielibyśmy od nich przejąć. Ale... kto wiele lat spędził wśród nich i bacznie je obserwował ten wie, że nie zawsze tak jest. Czy partnerzy są dla siebie mili, czy rzeczywiście darzą się szacunkiem, czy się kochają, czy są wierni, a przede wszyst­kim, czy dzielą się solidarnie obowiązkami np. przy zdobywaniu pokarmu, czy przy wychowie potomstwa? Owszem, wiele nam się u nich podoba, a czasem wręcz imponuje w ich zachowaniu. Wiele chcielibyśmy od nich przejąć. Ale... kto wiele lat spędził wśród nich i bacznie je obserwował ten wie, że nie zawsze tak jest.

Chciałem dziś opowiedzieć o pewnej samiczce urodzonej w moim gołębniku.

Jest późną młódką rocznika 2004. Połączyłem ją w marcu z pięknym, trzyletnim niebieskim samczykiem. Gołębie żyjące w separacji od jesieni, od razu przypadły sobie do gustu. Wielka miłość, umizgi, pieszczoty, ścielenie gniazdka. Potem jajka pilnie i solidarnie wysiadywane przez obydwu partnerów. Wreszcie pisklęta, szczególnie wyczeki­wane i troskliwie przyjęte przez samiczkę. Wielka radość samiczki nie trwała jednak zbyt długo, bo zaledwie kilka dni. W miarę jak pisklęta rosły, coraz więcej uwagi poświęcał im ojciec, a samiczka coraz częściej zaglądała do sąsiedniej celi, skąd głośnym gruchaniem uwodził ją samotny, wolny samczyk. Samiczkę złapał mu wiosną jastrząb. Sąsiad wyraźnie jej imponował, tym bardziej, że miał w celi pustą miskę gniaz­dową. Jej natomiast była zajęta przez pisklęta. Obserwowałem to ze zdziwieniem, bo przecież jej dzieci miały dopiero kilka dni. Nie trwało to długo, bo już nazajutrz samiczka na dobre bawiła się z sąsiadem w jego celi.

Nie interweniowałem. Niech sobie będą. To połą­czenie też jest dobre. Zobaczymy, co się z tego urodzi - pomyślałem sobie, a upewniło mnie w tym przekonanie, że przecież najlepsza jest miłość nieprzymu­szona, ta z wolnego wyboru i to ona daje najwartościowsze potomstwo.

Nowy partner, zdobywca nie krył zadowolenia. Ożywił się bardzo, był szczęśliwy. Najbardziej się cieszył wówczas, gdy udało mu się zwabić sa­miczkę do celi. On sam wtedy siedział w misce, a ona muskała go dziobkiem po główce. Jej dotychczasowy partner - o dziwo - nie protesto­wał. Zajęty był potomstwem. Pisklęta były jeszcze na tyle małe, że siedział na nich, dogrzewając je przez większość dnia i w nocy. Samiczka wprawdzie wzięła rozwód z pierwszym mężem, ale piskląt całkiem nie wyrzekła się. Od czasu do czasu odwiedzała swoje pierwsze gniazdo, by dokarmić młódki. Jej kochanek patrzył na to bardzo niechętnie, ale nie miał tyle odwagi, by interweniować. Samiczka coraz bardziej wiązała się z nowym partnerem i z jego celą. Wydawało się, że zapomniała całkiem o pierwszym. Był dla niej zupełnie obojętny. Coraz rzadziej odwiedzała też młódki, aż wreszcie - ku uciesze nowego amanta - sama usiadła w jego misce lęgowej. On wówczas udawał się na poszuki­wanie ściółki na gniazdko. Tu podkradł jakieś ździebełko z podłogi, a gdy gołębnik był otwarty, wylatywał na zewnątrz, znosząc pospiesznie krótkie, cienkie gałązki brzozy i modrzewia. Samczyk był w tym czasie o partnerkę bardzo zazdrosny. Pilnował jej, jak najcenniejszej zdo­byczy, wręcz nie spuszczał jej oczu, a gdy tylko opuszczała celę, by coś zjeść i napić się, postępował za nią krok w krok, skubał ją delikat­nie po główce, skłaniając w ten sposób do powrotu do celi. Wkrótce, pewnego popołudnia w misce pojawiło się jajko. To nieco uspokoiło samczyka. Patrzył na nie z lubością, musnął je dziobem i nad nim przysiadł. Trzeciego dnia rankiem samiczka zniosła drugie jajko. I dopiero wtedy samczyk uspokoił się na dobre. Partnerzy solidarnie wysiadywali jajka. Ona siedziała wieczorem i nocą, on - za dnia.

A co z opuszczonym samczykiem? Pozostał sam z dwójką dzieci, ale sprawiał wrażenie szczęśliwego. Potem, gdy młódki przeniosłem na podłogę, karmił swoje i jeszcze inne. Dobry ojciec. Po kilkunastu dniach w gnieździe samiczki (tym drugim) wykluły się pisklęta. Naj­pierw jedno, a po kilkunastu godzinach - drugie. Rodzice byli szczęśliwi. Największą radość widać było po samiczce. Była niezwykle tro­skliwa, opiekuńcza i uważna. Widać było, iż starała się o to, by czasem nie przydeptać maleństwa. Sama chciała siedzieć na nich. Nie do­puszczała od nich samczyka. Nie schodziła z nich nawet po to, by coś zjeść i zaspokoić pragnienie. Ale.... niestety; w miarę, jak pisklęta dorastały, troskli­wość matki wobec piskląt wyraźnie słabła. Najbardziej zdumiało mnie jednak to, że już po kilku dniach samiczka przestała zmieniać samczyka na młódkach, a stawała się coraz bardziej łasa na zaloty kolejnego luźnego samczyka. Nie trwało kilka godzin, a ona już była w jego celi.

Drugi jej partner podzielił los pierwszego -pomyślałem sobie.

autor: Piotr Patas
opublikowane za zgodą magazynu Fauna&flora, całość artykułu w numerze 08/2006



Ogłoszenia

sprzedam psa
sprzedam kota